Na jej widok szlochali i śmiali się na zmianę. O Michaline Isaakowej mówili „łowczyni motyli”

Była jesień 1923 roku. Mąż jakby coś przeczuwał. Któregoś dnia wysunął głowę znad glist i poprosił żonę, by spełniła jego marzenie. To noszone latami, o wyprawie do Ameryki Południowej po najpiękniejsze motyle świata, bo tam ich tyle co powietrza. Pierwszego listopada być może jeszcze odwiedzali razem groby przodków. Nazajutrz Julek wstał znad stołu w swoim insektarium, zamknął jedną z gablot z owadami i umarł.*

(…)

Polak w górach Parany to niewolnik**
Parno. Psy ciężko dyszą uwięzione na łańcuchach, za maciorą drepczą ospale brudne prosięta. Mogłaby się poczuć jak na polskiej wsi, gdyby nie żar z nieba i te aromatyczne figi, melony, winogrona, pomarańcze, brzoskwinie, mandarynki na drzewach w styczniowy dzień. Mieszkańcy kolonii Chapada na przywitanie częstują ją chimarrao – tutejszym zwyczajem pije się herbatę przez rurkę, wszyscy z jednej tykwy, kolejno, od gospodyni począwszy. Serdeczni dla niej, rozklejają się jeszcze bardziej wokół stołu. Zasypują ją pytaniami. Cierpliwe kwiaty utrzymują nasycone barwy mimo parzącego słońca.

Zachwycają ją zielonkawe kolibry, skrzeczące papugi, co zadziornie wystawiają jaskrawe główki z konarów drzew, i ogromne rozmiary szyszek zwisających z gałęzi araukarii, którymi tuczy się świnie. To wszystko, co polscy osadnicy utrudzeni klęskami, suszą i znojem przy uprawianiu tu ziemi dawno już przestali dostrzegać. Mogiły nieszczęśników, których wykończyła malaria, dyzenteria i inne zarazy, obejrzy w drodze do miasteczka Terezina. O tych rozszarpanych przez dzikie zwierzęta i pomordowanych przez bandytów podczas karczowania lasów słucha z ust gospodarzy. „Polak w górach Parany to wychodźca z drugiej półkuli świata, to wygnaniec srogiego losu – niewolnik”*** – podsumuje swoje pierwsze dni spędzone u rodaków w Paranie.

W sąsiedniej kolonii – Apucaranie – wzbudza jeszcze więcej emocji. Osadniczki szlochają na jej widok i śmieją się na zmianę. „Napawała [kolonistów] jakimś dziwnym rozrzewnieniem. Przyjechała oto z daleka, aby zajmować się czymś tak niepojętym jak kolekcjonowanie stworzeń, które ledwo że w swoich osadach zauważali. Byli dla niej we wzruszający sposób dobrzy. Kobiety i dziewczęta zagubione w sprawach dnia codziennego widziały w niej jakby gwiazdę, jakby zjawisko nie z tego świata. Ileż ona musiała obudzić tęsknot, ledwie przeczuwanych myśli i nadziei”****.

Razem jadają proste i syte posiłki z ryżu, manioku, kukurydzy na przemian z batatami i fasolą. Od mężczyzn uczy się polować na dzikie ptactwo, szybko nabiera wprawy, wiek nie ujmuje czujności oku. Upór przynosi rezultaty. Całymi dniami oddaje się motylom, wstaje ze słońcem, łowi do zmierzchu. Wysuszone owady z etykietami wpina do pudeł, dodaje środek dezynsekcyjny. Chroni przed światłem, żeby nie wyblakły. Wieczorami zasadza się przy świetle lampy na skrzydlate włóczęgi. Czasem półżywa po całodziennej wędrówce, z trudem powstrzymując się przed snem, obserwuje jak ćmy, raz za razem, bezmyślnie zderzają się ze szkłem. Powtarzają to do upadłego, jakby nie miały instynktu lub zdolności zapamiętywania zagrożeń.

Więcej: https://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,25706990,na-jej-widok-szlochali-i-smiali-sie-na-zmiane-o-michaline-isaakowej.html

Wieść o przybyciu dziwnej uczonej z Polski, która biega za owadami, potem je suszy, smaruje mazidłem i przyszpila, niesie się echem po puszczy. Chcą ją poznać coraz to nowi ludzie z leśnych chat głodni opowieści o życiu w ich dawnym kraju. Zjeżdżają nawet z zapadłych dziur, zapraszają w gościnę do domów. Na swoje ziemie, gdzie drzewa zabijały ludzi. Ziemie użyźnione łzami zwątpienia w czasach, gdy na pogorzeliskach po wykarczowaniu lasu przywiezione z Polski nasiona zbóż nie chciały wschodzić. Teraz po latach już łaskawsze, choć wciąż dalekie od spełnienia obietnic, którymi wabili ich pierwsi mierniczy. Po tym jak zniesiono niewolnictwo i zabrakło taniej siły roboczej.

W tych, co w Polsce wiedli życie na służbie, mniej żalu, doceniają własną ziemię. Nie żądają więcej, niż mogą mieć. Gorzej dawnym gospodarzom, bo mieli grunty, a tu zyskali tylko niewiele większe. Więc tęsknią za tymi ziemiami, tam, w których siła płynęła z dziada na ojca, z ojca na syna. Jeszcze wierzą, że jeśli nie oni, to chociaż ich kości powrócą na ojcowiznę.

Nazywają ją caçadora de borboletas [łowczyni motyli – przyp.red], traktują jak posłankę z lepszego świata, który stracili. Kobiety, zahartowane trudnym życiem i obeznane w niebezpieczeństwach lasu, harde i na pierwszy rzut oka nieustraszone, zwierzają się jej ze swojego rozdarcia. „Gdyby nie morze, które oddziela Brazylię od Polski, to szłyby pieszo całymi latami, byleby dojść do ukochanej ziemi”.***

(…)

Na lekarzy nikt tutaj nie liczy
Kolonia Hervalsinho, następny jej cel, nie oferuje drogi dla wędrowców. Zostają konie. Prawdopodobnie pierwsze szlify w jeździe zdobyła jako podlotek w majątkach, którymi zarządzał ojciec. Teraz musi tylko rozpoznać naturę brazylijskich wierzchowców. Nawet jeśli odwykła od siedzenia na końskim grzbiecie, tyle w niej desperacji, że instynktownie odnajduje się w siodle i jest gotowa do drogi. Na wyprawę przez łańcuch Esperança dostaje do towarzystwa jednego z osadników. Błądzą we dwoje. Koń stąpa czujnie, jakby znał czyhające w okolicy niebezpieczeństwa, długie, lecz wąskie bagniste tałampy i inne mokradła, te wszystkie podstępne stromizny, które rozmazują się w półcieniach drzew.

Uczy się ufać zwierzęciu, zwłaszcza w najbardziej niebezpiecznych fragmentach drogi. Nie przychodzi to łatwo, bo nie lubi oddawać kontroli. Z każdą jednak godziną nawyki umysłu topnieją pod ciężarem zmęczenia ciała. Wilgoć i chłód, odczuwalne w wąskich tunelach wśród roślin, trochę orzeźwiają. Mrok coraz gęstszy przyspiesza bicie serca. Kamienie urastają do rangi wrogów. Spadkobiercy inkaskich wierzeń, wędrując po górach, dostrzegliby w nich ochronne bóstwa. Michalina odczuwa tylko zdradliwą wyboistość zboczy, obija się w siodle ledwo żywa. Milczenia nie przerywają słowa, to głosy puszczy.

Z setną mijaną girlandą liści, pod którą schyla głowę, z kotarą osuwających się ciemności, za którą człowiek blednie jak zjawa, szum w uszach narasta. Najmniejszy szelest kołacze się echem jak zapowiedź ataku groźnego przeciwnika. Stracili kierunek. Tracą siły, od dawna nie wiedzą, gdzie są, dokąd prowadzą ich sapiące konie. W głowie kołują zasłyszane legendy o dzikich zwierzętach dżungli, które pojawiają się na drodze jako wcielenie złego ducha lasów. W Amazonii wierzą, że najgroźniejszy spośród duchów to demon Kurupira, który stąpa na jednej nodze człowieka i drugiej jaguara. Umie omotać. To on wydaje tajemnicze odgłosy w puszczy. Tym, którzy zbłądzili w ciemnościach, miesza zmysły. Lewa tylna, lewa przednia, prawa tylna. Z transowego stępa wybija ją skok konia, wierzchowiec staje dęba i rży. Umysł poddaje się ciału, ciało już nic nie może.

Dociera na koniu do osady. Siedzi w chacie z dziurawym dachem u gościnnych kolonistów z Sao Francisco, jeszcze ciągle się telepiąc. W nosie kręci się od suszonego na żerdziach tytoniu. Piją chimarrao, mówią do siebie, jakby się znali. Ona o podróży, oni o życiu. Gospodyni użala się na niemoc amazońskich znachorów. Na lekarzy nikt tu nie liczy. Gdy odwija bandaże z chorych nóg, Michalina wzdryga się odruchowo. Mimowolnie przesiada się na drugi koniec izby w przerażeniu, że dosięgnie jej brazylijski trąd. Czym prędzej, jak najdalej, strach popycha ją wbrew zmęczeniu. Kiedy wreszcie powróci do Hervalsinho, wspomnienie o pięknych morfdach zdąży wypłowieć pod ciężarem emocji. Ocaleją słoje z upolowanymi okazami.

Skóra z jaguara
Olbrzymy wywrócone na drogach wzdłuż lasu, pozrywane dachy, zatopione grządki warzyw, wszędzie skutki nawałnic. Mogłyby ją przerażać. Ale po roku spędzonym w Paranie nawet trupa jaguara zabitego na drodze traktuje jak zjawisko wpisane w tutejsze prawa natury. Bezszelestne, zdolne do widzenia w ciemnościach zwierzę mocy, którego ryk zapowiada deszcz, a płomienne oczy przypominają o ogniu przekazanym praludziom, nie budzi w niej lęku. Marzy jedynie, by nabyć sobie na pamiątkę skórę ściągniętą z nieżywego drapieżnika. W końcu to alter ego szamana i uosobienie mocy życia.

W obrzędach śmierci też nabiera wprawy. Bierze udział w lokalnych ceremoniach pochówku, bo umierają już i ci, których zdążyła poznać. Więcej w tym pogańskich rytuałów niż bliskiej jej tradycji chrześcijańskiej. Kończą się jak weselne uczty tańcami i śpiewem, nieraz nawet bijatykami – jeśli jakiś krewki tubylec straci cierpliwość i chwyci za broń, dochodzi do rozlewu krwi. Choć zahartowana już w tutejszych burdach i szaleństwach atmosferycznych, miewa jeszcze chwile wstrząsów w samej dżungli, gdy rusza na łowy i gubi drogę.

Czasem, jak w jeden z tych parnych poranków listopada w kolonii Cândido de Abreu, zbyt wiele sobie obiecuje po niewinnym wyglądzie modrych chmur. Nim zdąży rozejrzeć się po puszczy, niebo zalewa plama atramentu, ścieżka zamienia się w mroczny tunel, a drzewa pod skowytem wiatru zaczynają się szarpać w różne strony. Las zamienia się w ring żywiołów. Ptaki milkną, konary gną się, wydając jęki. Jakby zamieniały się w duchy plemion wyrżniętych na tej ziemi przez konkwistadorów.

Michalina nie może znaleźć drogi powrotnej. Przerażona i bezradna, nie przez przynależność do płci, raczej przez ograniczenia ludzkich zmysłów, stoi oparta o drzewo. Wędrujący jej śladami męscy następcy, tacy jak choćby zaprawiony w podróżach Arkady Fiedler, nie unikną podobnych chwil zgubienia „Miałem jeszcze na tyle przytomności umysłu, by nie pędzić na oślep. Stanąłem. Wiedziałem, że tylko w jednym kierunku była zbawcza ścieżka; w trzech pozostałych ciągnęła się bezludna puszcza, właściwie bez końca, więc uderzyć w błędną stronę znaczyło kusić los. Zimny pot spływał mi z czoła i mroczył wzrok”*.

W Michalinie zadziwia rezerwuar jej sił, które niezależnie od gorąca czy wielogodzinnego wyczerpania wędrówką w chwilach zagrożenia gotują ją szybko do walki z szaleństwem żywiołów i bezkompromisowością natury. „Przemokłam do suchej nitki. Pchana nieznaną siłą ruszyłam naprzód przez zalaną ścieżkę, poślizgując się co chwila, biegłam, nie widząc przystani ani oparcia, a za mną tuż nowy piorun i taki łomot gałęzi, jakby naraz przewróciło się kilka drzew. A kiedy się obejrzałam przerażona, ujrzałam olbrzymi pinior wyrywany z korzeniami, niby kolosalny słup telegraficzny uwieńczony rozłożystą kolczastą koroną”*.

Po każdym zagubieniu, które przypominało koniec świata i nie składało obietnic ocalenia, po kolejnym zranieniu, okresowym przytruciu zdradliwym owocem czy zakażeniu desperacko walczy ze sobą, by nie pozwolić sobie na słabość i się nie rozkleić. Jakby przeczuwała, że raz rozbitego pancerza nie uda się scalić.
Więcej: https://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,25706990,na-jej-widok-szlochali-i-smiali-sie-na-zmiane-o-michaline-isaakowej.html

(…)
Więcej: https://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,25706990,na-jej-widok-szlochali-i-smiali-sie-na-zmiane-o-michaline-isaakowej.html

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polska. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *